Piątkowa sesja, zakończona spadkiem WIG20 o 1 proc. – i to pomimo dobrego początku dnia – każe oczekiwać w poniedziałek kolejnego bardzo trudnego dla optymistów dnia. Zwłaszcza, że poprzedni tydzień źle się skkończył na parkietach amerykańskich, gdzie spadki sięgnęły 2-2,5 proc. To na pewno nie poprawi morale naszych graczy.
Zresztą pogarszająca się sytuacja giełd amerykańskich i w Europie Zachodniej jest jedną z głównych przyczyn niewesołej sytuacji na parkiecie w Warszawie. Indeks Dow Jones zaczął ubiegły tydzień na poziomie 12,2 tys. pkt., zaś zakończył go tylko nieco powyżej 11,8 tys. Spadki na zachodnich giełdach to efekt gorszych wieści makroekonomicznych dotyczących sytuacji światowej gospodarki i mieszanych doniesień z wielkich światowych przedsiębiorstw, które sugerują zwolnienie wzrostu.
Jeśli polscy gracze nie zdołają utrzymać indeksu WIG20 w strefie 2650-2750 pkt., to chyba będziemy mieli kolejny etap przeceny. Jak głębokiej? Analitycy mówią o tym, że jej zasięg może wynieść przynajmniej kolejne 5-10 proc., a więc nawet do 2450 pkt. Wtedy łączny zasięg spadków, które zaczęły się po zakończeniu „dużej” konsolidacji trwającej od styczniowego dołka do maja, sięgnąłby 20 proc. A więc mniej więcej tyle, ile zasięg dwóch ubiegłorocznych fal bessy. Oby ten scenariusz się nie sprawdził, ale jeśli spojrzeć na zachowanie indeksu mniejszych spółek mWIG, to widać, że te spadki już się zaczęły – w minionym tygodniu ten indeks nie utrzymał się w konsolidacji i spadł o ponad 3 proc.