Ochronę przed inflacją znajdujemy w obligacjach

Rosnące ceny powodują, że Polacy jeszcze aktywniej szukają inwestycji, która uchroni ich oszczędności przed utratą siły nabywczej. To dlatego Minister Finansów może cieszyć się największą w historii sprzedażą detalicznych obligacji skarbowych. Na popularności szczególnie zyskują papiery czteroletnie chroniące przed ponad 5-proc. inflacją.

fot. yay foto

Sierpień był kolejnym miesiącem rekordowej sprzedaży detalicznych obligacji skarbowych. Nie bacząc na okres wakacyjny Polacy kupili aż 17 milionów 504 tysiące obligacji skarbowych o łącznej wartości ponad 1,75 mld złotych. Jest to najwyższy wynik w historii.

Polacy rzucili się na obligacje

W porównaniu z sierpniem 2018 roku, czyli w ujęciu rok do roku, sprzedaż obligacji detalicznych wzrosła o 68%. Gdyby tego było mało, to przez 8 miesięcy br. Ministerstwu udało się sprzedać detaliczne papiery za kwotę 10,4 mld złotych. To o 31% więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. Warto przy tym przypomnieć, że rok 2018 był rekordowy pod względem sprzedaży obligacji detalicznych. Pokonanie tego historycznego rekordu jest już pewne. Co więcej, jeśli popyt na obligacje nie osłabnie, to ich sprzedaż w 2019 roku może nawet przekroczyć 15-17 miliardów – wynika z szacunków HRE Investments.

W niewielkim zakresie wynik ten jest zasługą działań resortu. Popularność obligacji detalicznych rośnie przede wszystkim za sprawą rosnącej inflacji połączonej z rachitycznym oprocentowaniem lokat bankowych. Chcąc ochronić oszczędności przed utratą siły nabywczej Polacy szukają alternatywy dla depozytów. Zyskują na tym np. rynek nieruchomości, dystrybutorzy złota inwestycyjnego, ale też emitenci obligacji.

Wybieramy zysk

To przede wszystkim rosnąca inflacja jest powodem, dla którego gwałtownie wzrosła popularność czteroletnich obligacji skarbowych. Te Polacy kupili w sierpniu za kwotę ponad 771 mln złotych. Warto podkreślić, że przez wiele miesięcy na te papiery przypadało po 20-30% sprzedaży detalicznych obligacji, a najnowsze dane sugerują już ponad 44-proc. udział. Powód jest prosty. Ich zaletą jest to, że po pierwszym roku oszczędzania z oprocentowaniem na poziomie 2,4% można dzięki nim zarobić 1,25 pkt. proc. ponad inflację. Realnie papiery te chronią więc wartość nabywczą oszczędności póki inflacja nie przekroczy poziomu 5,33% – wynika z szacunków HRE Investments.

Chodzi o to, że w skrajnym przypadku – przy 5,33-proc. inflacji – oprocentowanie czteroletnich papierów wyniosłoby 6,58%. Odliczając podatek (19%) zostaje nam „na rękę” około 5,33%, czyli siła nabywcza naszych oszczędności zostaje zachowana. Jeśli więc inflacja jest niższa niż 5,33%, to na czteroletnich papierach realnie zarabiamy, a przy wyższym wzroście cen dóbr i usług realnie tracimy na inwestycji w „czterolatki”.

Spora jest też sprzedaż obligacji dziesięcioletnich. W sierpniu Polacy kupili te papiery o wartości prawie 170 mln złotych. W pierwszym roku mogą dzięki temu liczyć na oprocentowanie na poziomie 2,7%, ale potem będzie to 1,5 pkt. proc. ponad inflację. Dzięki temu posiadacz „dziesięciolatki” po uwzględnieniu tzw. podatku Belki realnie zarabia póki inflacja nie przekroczy poziomu 6,4%.

Rezygnujemy ze strat

Po 25 miesiącach sierpień br. był też pierwszym okresem, w którym nabywcy obligacji o najkrótszych zapadalnościach – trzymiesięcznych i dwuletnich przestali przeważać. To dobrze, bo dość niskie oprocentowanie tych papierów (odpowiednio 1,5% i 2,1% w skali roku) powoduje, że inwestorzy po zapłaceniu podatku (19%) mogą na tych papierach realnie stracić.

Chodzi o to, że w wyniku działania inflacji siła nabywcza pieniędzy zainwestowanych w te obligacje najprawdopodobniej stopnieje, a więc po zakończeniu inwestycji za kapitał wraz z odsetkami będzie można kupić mniej niż dziś. Po co więc Polacy je kupują? Przewagą tych papierów jest przede wszystkim krótki horyzont inwestycyjny, stałe oprocentowanie i brak konieczności czasochłonnego polowania na promocyjne oferty bankowych depozytów. Obligacje detaliczne można bowiem kupić przez internet poświęcając na cały proces zaledwie kilka minut.

Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments