Poprawa nastrojów może być chwilowa

Najważniejsze wydarzenia z 5 września 2008 r.:

Diagnoza sytuacji na rynkach finansowych

Nowy tydzień na giełdach zaczyna się zupełnie odmiennie niż kończył się poprzedni. Weekendowa decyzja o nacjonalizacji spółek Fannie Mae i Freddie Mac w USA poprawiła nastroje na całym świecie, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że ma to wyłącznie psychologiczny aspekt. Przecież nikt chyba wcześniej nie sądził, że amerykańskie władze pozwolą upaść tak wielkim firmom. Problemy z tym związane zapewne byłyby o wiele kosztowniejsze niż ratowanie ich przed bankructwem. Jednocześnie konieczność takiego ruchu potwierdza jak ogromne problemy występują w Ameryce. Na dłuższą metę ta decyzja wcale nie ma więc dobrego przesłania.

Weekendowe wydarzenia nie zmieniają faktu, że nasze obawy, iż warszawska giełda dużo ryzykowała nie reagując w poprzednich dniach zbytnio na pogarszający się klimat na światowych parkietach, potwierdziły się. W piątek WIG20 był najgorszym indeksem na świecie. Runął w dół negując optymistyczne scenariusze, jakie można było kreślić jeszcze w połowie minionego tygodnia. Teraz wydają się one prawie wykluczone. Z dwóch zakładanych przez nas wariantów odnośnie wydarzeń od połowy lipca – korekta ostatniej fali zniżek lub odreagowanie całej bessy – ten pierwszy stał się dominujący. To zaś oznacza, że odbicie już się zapewne zakończyło, a w niedalekiej przyszłości należy spodziewać się ataku na tegoroczny dołek.

Amerykańska giełda już w piątek w ciągu dnia wyrównała minimum z połowy lipca. S&P 500 w pierwszej połowie ostatniej sesji minionego tygodnia, na fali strachu przed pogarszającą się sytuacją na rynku pracy, spadł do 1215 pkt. Osiągnięcie tak silnego wsparcia skłoniło część inwestorów do zakupów, ale niewielka zwyżka, jakiej ostatecznie byliśmy świadkami, nie zmienia opinii na temat przyszłości. Nie rysuje się w korzystnych barwach. Trzeba przypomnieć, że w trendach spadkowych, a z takimi mamy teraz do czynienia na giełdach, liczy się nie to, czy uda się obronić wsparcie, ale czy rynek ma siłę przebić opór. Dopiero, gdy uda się to drugie można mówić o lepszych perspektywach.

Od tygodni wskazujemy na rynki wschodzące jako najbardziej zagrożone pokaźnymi stratami. W piątek wykazywały szczególną słabość. Trudno jednak było to rozpatrywać w kategoriach zaskoczenia, czy nowego zjawiska. Raczej wcześniejsze tendencje przybrały jedynie ostrzejszą formę. Analiza wykresu indeksu MSCI EM, opisującego notowania na rynkach wschodzących, przestrzega przed zniżką o dalsze 15%. Wynika ona z wysokości utworzonej od połowy minionego roku do lata tego roku formacji głowy z ramionami. Wydaje się, że przy takiej perspektywie założenie, że WIG spadnie o 10% i sięgnie 36 tys. pkt nie jest zbyt pesymistyczne. Jest tak tym bardziej, że kapitał z rynków wschodzących odpływa szerokim strumieniem. W minionym tygodniu ze wszystkich funduszy inwestujących na emerging markets odpłynęło przeszło 24 mld USD, czyli prawie co piąty dolar aktywów. Bilans tego roku na rynkach EMEA (rynki wschodzące Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, do których zaliczana jest Polska) stał się ujemny. Oczywiście w największym stopniu do wynik wycofywania się inwestorów z Rosji, ale widać, że tworzy to pesymistyczny klimat wokół całego regionu. Co gorsza, przekłada się to nie tylko na spadki giełdowe, ale również walut. Ryzyko inwestycyjne dla zagranicznych graczy jest więc jeszcze większe.

Odwrót od emerging markets wynika z przeceny surowców, ale i tak wszystko sprowadza się do obaw przed pogłębieniem się globalnego spowolnienia gospodarczego, bo przez nie przecież towary tracą. Uzasadnieniem dla tych obaw były piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy, które wyraźnie rozczarowały. Oliwy do ognia dolał wzrost w II kwartale liczby procedur zajęć domów w wyniku nie spłacania kredytów. W II kwartale było to pierwszy raz od 30 lat ponad 1% (dokładnie 1,19 %).
W przedpołudniowej części dzisiejszej sesji WIG rośnie o 2%. To zbyt mało, by zatrzeć negatywne wrażenie z piątku.

Dziś na rynkach 8 września 2008 r.:

Katarzyna Siwek
Expander