To, co zdarzyło się na parkiecie w ostatnich dniach, nie może napawać optymizmem. Nasza giełda należy do najsłabszych na tle innych miejsc, gdzie w Europie handluje się akcjami. Niewielki popyt generują jedynie niedobitki kapitału zagranicznego (o tym, że „zagranica” nie zrejterowała z Polski tak do końca świadczy choćby utrzymujący się wysoki kurs złotego do euro i dolara) oraz krajowe fundusze emerytalne, do których co miesiąc płyną świeże miliony z ZUS. Pozostali inwestorzy nie palą się do zakupów. Stąd WIG20 spadł poniżej 3000 pkt., zaś WIG z trudem utrzymuje się powyżej strefy 47000 pkt.
Prawdopodobnie trwająca już dokładnie od czterech miesięcy konsolidacja dobiega końca. Świadczy o tym zmniejszająca się amplituda drgań indeksów (widać to zwłaszcza na wykresie WIG). Decydujące rozstrzygnięcia nastąpią więc niebawem. I biorąc pod uwagę sytuację na światowych giełdach (ostatnio mamy spadkową korektę po dość dużej próbie wybicia ze średnioterminowej bessy) oraz w globalnej gospodarce (bez wątpienia zwalnia, ale być może uniknęła załamania) można wierzyć, że rozstrzygnięcie będzie pozytywne. A więc pierwsze od stycznia solidniejsze, kilkunastoprocentowe odbicie cen akcji. Pytanie tylko czy światowa gospodarka lub spółki dostarczą inwestorom wystarczającego pretekstu do zakupów.
W czwartek większość giełd zagranicznych pracowała normalnie, ale notowania przebiegały spokojnie i bez większych sensacji.