Światło dzienne ujrzała także nowa ekonometryczna projekcja inflacji, wedle której, z 50%-owym prawdopodobieństwem wyniesie ona 4,3-5,5% w 2008 roku 3,4-6,2% w 2009 r. i 3,8%-6,8% w 2010 r. Widać już, że te prognozy nie są optymistyczne i zakładają niezmieszczenie się w celu inflacyjnym przez najbliższe trzy lata, aczkolwiek Rada zwróciła uwagę, iż „w średnim okresie presja inflacyjna może być ograniczana przez nadal dobrą sytuację finansową przedsiębiorstw oraz wciąż wysoką dynamikę inwestycji oddziałującą w kierunku wzrostu wydajności. Do ograniczania tej presji może się także przyczyniać spowolnienie wzrostu w gospodarce światowej, a w konsekwencji także w gospodarce polskiej. Presja inflacyjna może być nadal osłabiana przez procesy globalizacji, chociaż ich łączny efekt będzie prawdopodobnie słabszy niż dotychczas. W kierunku obniżenia inflacji będą również oddziaływać dokonane dotychczas podwyżki stóp procentowych NBP oraz obserwowana w ostatnich kwartałach aprecjacja złotego”.
Decyzja RPP mimo że nie była dla nikogo zaskoczeniem, odbiła się na wzroście cen obligacji oraz umocnieniu złotego. Polska waluta umocniła się do euro do najwyższego poziomu od 2001 roku czyli 3,3550 EUR/PLN, a w stosunku do dolara do poziomu 2,14 USD/PLN. Na GPW kupujący, co prawda, obronili indeks WIG20 na poziomie 2620 pkt., ale marna to pociecha wobec obrotów na jednym z najsłabszym w tym roku poziomie.
Rynki w sporej mierze dopiero następnego dnia reagują na poczynania banków centralnych. Co do sytuacji na polskim rynku to „Rada będzie bacznie obserwować dynamikę i strukturę wzrostu popytu krajowego, relację pomiędzy tempem wzrostu wynagrodzeń i wydajności pracy w sektorze przedsiębiorstw oraz wzrost płac w sektorze finansów publicznych, stopień ekspansywności polityki fiskalnej, poziom kursu złotego, kształtowanie się bilansu obrotów bieżących oraz oddziaływanie procesów globalizacyjnych na gospodarkę, w tym na ceny żywności” – napisano.
Póki co, w mojej opinii, należy spodziewać się zatem co najmniej jeszcze jednej podwyżki głównej stopy na przełomie sierpnia i września. Co zaś do decyzji FED, to widać, iż nie jest on skłonny do rychłego zaostrzania polityki pieniężnej, ale coraz bardziej w swoich komentarzach przyjmuje „jastrzębi” ton, zwracając na większe zagrożenie inflacja aniżeli recesją. Ten sam jednak „jastrzębi” ton padał wczoraj z ust przedstawicieli Europejskiego Banku Centralnego, co w połączeniu z jego większą wiarygodnością u inwestorów, przełożyło się na wzrosty eurodolara.
Eurodolar, po pozostawieniu bez zmian stopy procentowej w USA i komunikacie Komitetu Operacji Otwartego Rynku, ruszył na północ i dziś notowany jest po 1,5670. Zmiana ta teoretycznie powinna faworyzować wzrosty wycen surowców, tymczasem ropa spadła znacznie (z poziomu 137 do 134 USD/baryłka, z uwagi na wczorajsze dane z Amerykańskiego Departamentu Energii o wzroście zapasów, po raz pierwszy od 6 tygodni), a pozostałe główne surowce, minimalnie. Miedź kosztuje 8427 dolarów za tonę, a złoto 887 dolarów za uncję. Wśród spadających cen ropy i niepodnoszącej kosztu pieniądza Rezerwie Federalnej, musiały rosnąć amerykańskie indeksy. Dane dynamice zamówień na dobra trwałego użytku nikogo specjalnie nie zainteresowały. Dynamika wyniosła 0% licząc rok do roku, a nie uwzględniając środków transportu, wyniosła nawet nieco poniżej zera, tj. -0,9%, co było zgodne z resztą z oczekiwaniami. To, co elektryzowało rynki, to sytuacja na ropie oraz spekulacje na temat dalszych posunięć FED. Ostatecznie indeks S&P500 wzrósł o 0,6% do 1321 pkt., a Nasdaq o 1,4% do poziomu 2401 pkt.
Dziś z USA poznamy trzecie przybliżenie dynamiki PKB w I kwartale (prognoza 1%), jak zwykle w czwartki tygodniową ilość nowozarejestrowanych bezrobotnych, a ponadto miarę inflacji – deflator oraz wskaźnik wydatków konsumpcyjnych bez paliw i żywności. Obie ostatnie dane za I kwartał.