WIG20 na dobre zakotwiczył więc w okolicach 2900 pkt. To jeszcze dość bezpieczny rejon, bo do dna bessy ze stycznia – 2750 pkt. – brakuje jeszcze dobrych 5 proc. i w normalnych okolicznościach takiego dystansu nie da się przebyć krócej, niż w tydzień. Ale jeszcze większy dystans dzieli WIG20 od pierwszego poważnego szańca za którym okopali się zwolennicy bessy – czyli poziomu 3150 pkt. Tak czy owak – na rynku panuje równowaga, ale nikt nie ma wątpliwości, że karty rozdaje podaż. A kupujący tańczą tak, jak im zagrają inwestorzy składający zlecenia sprzedaży.
Sygnał zmieniający układ sił na naszym parkiecie przyjdzie zapewne zza Oceanu. Mogą go dać inwestorzy, którzy zaczną kupować akcje na rynkach wschodzących (a więc i w Polsce),przekonani, że amerykańska gospodarka najgorsze ma już za sobą. Co ma piernik do wiatraka? Pozornie nic, ale tylko spokój na duszy grubych ryb ze świata finansów spowoduje wzrost ich apetytu do inwestowania w krajach rozwijających się.
Na razie zielonego światła jeszcze nie ma, ale nie pali się już to czerwone. Od początku marca indeks amerykańskiej giełdy Dow Jones odbił o dobre 5-6 proc. od swego dna i ostrożnie pnie się w górę. Cała nadzieja w tym, że nasza giełda, która ostatnio zachowuje się gorzej od czołowych parkietów światowych, zacznie wreszcie nadrabiać stracony dystans.