Może to zbyt czarne przewidywania, zwłaszcza że przełamanie dna bessy na razie nie jest znaczne i wymaga jeszcze potwierdzenia na kolejnych sesjach, jednak pesymistom nie brakuje argumentów na poparcie złych przeczuć. Przede wszystkim wiarę w lepsze czasu podłamuje znaczny wzrost obrotów, który towarzyszył spadkom. Dotąd jeśli ceny spadały, to głównie z powodu pasywności kupujących, bo podaż była również niewielka. We wtorek zleceniami sprzedaży sypnęło, jak z rękawa. I obroty wzrosły natychmiast do ponad 1,4 mld zł.
Kolejny niedobry sygnał to ostre spadki małych spółek. We wtorek ich indeks sWIG80 stracił na wartości ponad 3,1 proc. W przypadku giełdowych maluchów mamy już do czynienia z powrotem choroby niskiej płynności. Pojawiły się pierwsze przykłady spółek, które spadały o kilkanaście lub nawet 20 proc. z powodu zleceń sprzedaży kilkudziesięciu lub kilkuset akcji przy kompletnym braku kupujących. Zresztą małą panikę było widać również na rynkach niektórych dużych, znacznie bardziej płynnych spółek. Tąpnięcia Agory, Polimeksu czy Biotonu o 5-7 proc. wyglądały groźnie.
Najgorsze jest to, że załamanie cen na naszej giełdzie nie wynikało z jakichś wyjątkowo złych informacji z otoczenia rynku. Na Zachodzie ceny, owszem, spadały, ale w ograniczonym stopniu. Zresztą tam indeksom jeszcze sporo brakuje do dna bessy. Analitycy obawiają się, że może to być początek kolejnej fali wyprzedaży w Warszawie. W kwietniu i maju warszawska giełda była jedną z najsłabiej spisujących się giełd na świecie. Czarne komentarze wspierane były przez mrożące krew w żyłach doniesienia o rosnącej w wielu krajach inflacji. Według największych czarnowidzów twarde dno naszej giełdy będziemy mogli kreślić dopiero wtedy, gdy WIG20 spadnie aż do 2450 pkt. A więc o ponad 10 proc.
Z oczekiwaniem najgorszego scenariusza warto jeszcze się wstrzymać do chwili potwierdzenia tezy o przełamaniu dna ze stycznia i marca. Dopiero gdy indeksy spadną o kilkadziesiąt punktów poniżej niego, będziemy mieli pewność, że dno puściło. Wciąż jest nadzieja – niewielka, ale jednak – że to tylko pułapka, fałszywy sygnał, zaś inwestorzy pozbierają nerwy i patrząc na stabilizację giełd na Zachodzie zabiorą się do zakupów.