Piątek był również na GPW dniem wygasania czerwcowej seria kontraktów, więc z założenie można było oczekiwać dziwnych ruchów kursów akcji, a co za tym idzie również indeksów. Nie było ich jednak widać ani przed południem ani po publikacji danych makro w USA. Jedynie duży wzrost obrotu i aktywność zleceń koszykowych pokazywały, że dzieje się coś nadzwyczajnego. To zdecydowany plus dla byków.
Indeksy spokojnie rosły, a WIG i WIG20 ustanawiały kolejne rekordy wszech czasów. Giełdom w emerging markets pomagała kontynuacja osłabienia japońskiego jena, który tracił po decyzji Banku Japonii (stopy bez zmian) i „gołębich” wypowiedziach prezesa tego banku. Im słabszy będzie jen tym mocniejszy proces carry trade, który sprzyja inwestowaniu w bardziej ryzykowne aktywa. Liderem wśród dużych spółek były nadal akcje KGHM (polowanie na dywidendę).
Po publikacji danych o amerykańskiej inflacji indeksy zwiększyły skalę zwyżki. Słabiutko zachowa się jedynie MWIG40, ale już nieważony indeks cenowy gwałtownie wzrósł. Ten indeks jest w fazie radosnej, hiperbolicznej euforii, która w pewnym momencie (nie do określenia, kiedy) zakończyć się musi bardzo gwałtownym załamaniem – tak zawsze kończą wszystkie euforie.
Dzisiaj możemy rozpocząć sesję zwyżką, choćby dlatego, że wzrosły indeksy w USA i zdrożały surowce, ale w połowie sesji powinniśmy zobaczyć korektę, a o końcówce zadecyduje sytuacja na amerykańskich rynkach akcji po rozpoczęciu sesji. Nawet jednak jeśli rynek się skoryguje to sygnał kupna będzie nadal obowiązywał.
Typowa reakcja na niejednoznaczne raporty
Piątek giełdy europejskie rozpoczęły od wzrostu indeksów. Nie były one duże, ale to dziwić nie mogło, bo już w czwartek indeksy wzrosły po około dwa procent, a gracze czekali na dane o amerykańskiej inflacji. Po nocnej zwyżce osuwał się kurs EUR/USD, ale pozostawał nad poziomem czwartkowego zamknięcia. Ten rynek też czekał na dane. Z czasem nastroje na giełdach poprawiały się, bo gracze liczyli na dane podobne do czwartkowych. I nie zawiedli się, dzięki czemu indeksy znowu wyraźnie w końcu sesji wzrosły.
W USA byki potwierdziły w piątek, że mają zdecydowaną przewagę. Pomogły im w podnoszeniu indeksów raporty makroekonomiczne. Amerykańska inflacja w cenach detalicznych (CPI) wzrosłą, podobnie jak wcześniej PPI, nieco mocniej niż tego oczekiwano, bo o 0,7 procenta, ale inflacja bazowa wzrosła tylko o 0,1 procenta, a prognozowano wzrost o 0,2 procenta. W układzie rocznym inflacja wzrosła do 2,7 procenta (prognozowano 2,6 procenta), a bazowa do 2,2 proc. (prognozowano 2,3 proc.). Poza tym w czerwcu indeks NY Empire State wzrósł z 8 aż do prawie 26 punktów. Gracze odebrali te dane jako znakomite – niska inflacja i ożywienie gospodarcze to przecież najlepszy ze światów. Tyle tylko, że inflacja w jej głównym wymiarze wcale się nie zmniejsza, a bazowa nadal jest za wysoka. Tym jednak mało kto się martwił.
Dowiedzieliśmy się też ile kapitału netto wpłynęło do USA – okazało się, że było to aż 111,8 mld USD (oczekiwano 60 mld). Dane o dynamice produkcji przemysłowej i wykorzystaniu potencjału produkcyjnego zostały lekceważone, ale były niejednoznaczne, bo produkcja nie wzrosła (oczekiwano wzrostu o 0,2 proc.), a wykorzystanie potencjału wzrosło mocniej niż oczekiwano. Bardzo słaby był też odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan – spadł z 88,3 do 83,7 pkt. Widać jak sytuacja na rynku nieruchomości i wysokie ceny paliw niepokoją Amerykanów. Tym też, jak zwykle zresztą, rynek się nie przejął.
Tak naprawdę dane były według mnie korzystne dla dolara, szczególnie, że dowiedzieliśmy się też, iż w pierwszym kwartale deficyt bilansu obrotów bieżących był mniejszy od prognoz. Gracze patrzyli jednak na rynki tylko przez pryzmat inflacji bazowej, więc kurs EUR/USD wzrósł. Uważam, że to jest chwilowy wzrost – typowa korekta. Może być jednak w następnym tygodniu kontynuowana. Osłabienie dolara umocniło surowce. Zdrożały ropa, miedź i złoto. Były to, co prawda wzrosty mniejsze od jednego procenta, ale sygnał kupna ropy został podtrzymany.
Skupienie się graczy na inflacji bazowej zaowocowało również znacznym spadkiem rentowności obligacji. Nie zmienia to niczego w układzie technicznym – długoterminowy sygnał sprzedaż obligacji nadal obowiązuje. Dane o inflacji i spadek rentowności obligacji musiały oczywiście zwiększyć popyt, więc indeksy giełdowe kolejny raz wzrosły. Pomagało im podniesienie przez Goldman Sachs rekomendacji dla Intela oraz zwyżki cen akcji sektora paliwowego. Wolumen był bardzo duży, bo w piątek wygasały czerwcowe serie instrumentów pochodnych. Rynek jest w hossie, a jedynym zagrożeniem jest bliskość szczytów z początku czerwca. W takiej sytuacji nigdy nie wiadomo, czy nie zacznie się formować podwójny szczyt.
Dzisiaj jedynym raportem makroekonomicznym jest publikacja przez NAHB (stowarzyszenie budowniczych domów) indeksu rynku nieruchomości. Nie oczekuję istotnej reakcji rynków, ale jedynie wtedy, gdyby dane były gorsze od prognoz. Poprawa sytuacji na rynku nieruchomości pomogłaby akcjom i zapewne dolarowi.