Ale to złudzenie, bo emocji w czwartek inwestorom nie brakowało. Na otwarciu WIG20 był na minusie aż o 1,9 proc.. Niedługo potem spadł do najniższego poziomu od czerwca 2006 r., osiągając 2625 pkt. Niespodziewanie do ataku ruszył popyt. Nie bacząc na słabe nastroje na innych europejskich parkietach u nas zaczęły się solidne zakupy.
Efekt? Na popołudniowym zamknięciu barometr największych spółek zyskał 1,45 proc., a więc niemal w całości odrobił straty z niekorzystnej sesji środowej. I udało się tego dokonać mimo złego otwarcia! To, że inwestorów nie zdeprymował słaby poranek można odczytać jako sporą niespodziankę, bo ostatnio gracze wyjątkowo łatwo tracili pewność siebie. W czwartek nie stracili i to im się chwali.
Co prawda patrzenie na rynek przez pryzmat największych spółek nieco na wyrost buduje optymizm, bo cały rynek mierzony indeksem WIG poszedł w górę mniej, niż 1 proc., zaś przewaga spółek rosnących nad spadającymi była niewielka (170 do 125). Obroty też nie powalają na kolana – wyniosły raptem 1,2 mld zł. Ale mimo wszystko trzeba odnotować, że rynek wciąż trwa w strefie flauty. I wciąż nie jest pewne, czy po spadku w ciągu miesiąca o 10 proc. rynek odbije się od dna, czy też będzie dalej je pogłębiał.
Analitycy oceniają, że na dość optymistyczny przebieg sesji mógł mieć wpływ zbliżający się termin rozliczenia czerwcowych kontraktów terminowych. To chyba dlatego na notowania w Warszawie nie wpłynęło ani słabe otwarcie sesji w Nowym Jorku, ani gorsze od oczekiwanych dane makroekonomiczne z USA.
