Już końcówka poprzedniego tygodnia na parkiecie pokazała, że w przewadze znaleźli się sprzedający. Wprawdzie tygodniowy bilans zmian indeksów nie był jakoś bardzo niekorzystny – zakończyliśmy tydzień raptem procent poniżej otwarcia – ale mimo wszystko padła bariera 2900 pkt. na wykresie indeksu WIG20. Dwa tygodnie wcześniej po utracie szańca z napisem 3000 pkt. padła więc kolejna bariera oddzielająca nas od powrotu bessy.
Pogorszenie nastrojów ma przyczyny globalne – najpierw pojawiły się doniesienia o kolejnych dużych stratach zachodnich banków w związku z kryzysem kredytów hipotecznych, a potem słabe dane makroekonomiczne z USA. Zwłaszcza piątkowy raport o amerykańskim bezrobociu był dla inwestorów niczym zimny prysznic. Czyżby wcześniejsze dane, choćby wyższy od spodziewanego wzrost PKB w pierwszym kwartale w najpotężniejszej na świecie amerykańskiej gospodarce, przedwcześnie wywołały oddech ulgi wśród inwestorów?
Trudno się oprzeć wrażeniu, że nasza giełda nie w pełni jeszcze zdyskontowała złe piątkowe wieści z USA. U nas spadki nie przekroczyły procenta, w Ameryce indeksy runęły o 2-3 proc. Inna sprawa, że amerykańskie indeksy mają znacznie więcej do stracenia, bo tam w ostatnich kilkunastu tygodniach była prawdziwa – a nie, jak na polskiej giełdzie, tylko pozorowana – próba odbicia się od dna.
