Po 16.00 jednak, kiedy dane z rynku nieruchomości załamały dolara na świecie, na złotego zaczęły oddziaływać dwie, przeciwstawne siły. Duży spadek kursu USD/JPY sygnalizujący, że rośnie awersja do ryzyka powinien był złotego przecenić, ale wzrost kursu EUR/USD działał w przeciwnym kierunku. Wynikiem było osłabienie złotego do euro i niewielka zmiana w stosunku do dolara. Mogło być zdecydowanie gorzej. Widać, że nasza waluta jest nadal silna. Dzisiaj znowu dane z USA zadecydują o kierunku kursów. Zostanie on wstępnie ustalony o 14.30, ale docelowo dopiero po 16.00, kiedy dowiemy się, jak rozwijał się w sierpniu sektor usług w USA.
GPW rozpoczęła w środę dzień spadkiem indeksów, co wynikało wyłącznie z nastrojów panujących na rynkach europejskich. Wystarczyła poprawa na europejskich giełdach i nasze indeksy ruszyły na północ. Po uspokajających informacjach mocno rosły ceny akcji Biotonu i Petrolinvestu. Ze stajni Ryszarda Krauzego tylko Prokom nie bardzo miał ochotę drożeć, ale i jego kurs w końcu ruszył na północ. Przed południem indeksy zaczęły się jednak osuwać naśladując to, co działo się na innych rynkach europejskich. Dane z USA i szybkie spadki indeksów na innych giełdach europejskich doprowadziły w ostatnich minutach sesji do przeceny. Przeceny, która jednak niczego nie zmieniła w obrazie sytuacji.
Nadal obowiązują sygnały kupna i nadal nie widać powodu, żeby przed posiedzeniem FOMC (18 września) nastąpiło załamanie. Zbyt wielkie nadzieje rynki pokładają w tym, że Komitet obniży wtedy stopy, żeby już teraz indeksy załamały się. Widać to było wczoraj w USA, kiedy to na rynek trafiły naprawdę złe (chociaż jeszcze nie tragiczne) informacje, a rynek nie wpadł w panikę. Owszem, indeksy spadły, ale według mnie byki kontrolowały sytuację. Dzisiaj początek sesji w Warszawie powinien być neutralny lub lekko spadkowy, ale potem wszystko się może zdarzyć, bo dużo znowu zależy od danych makro z USA. Mało prawdopodobne jest jednak to, że wzrostowa korekta już się skończyła.
Amerykański rynek pracy podąża w kierunku recesji
W środę rano giełdy europejskie nie zareagowały wzrostami na szarżę amerykańskich byków. Atmosferę ochłodził spadek indeksu Nikkei. Był on wynikiem ostrzeżenia wystosowanego przez Yoshimi Watanabe, ministra japońskiego rządu, który powiedział, że rząd pilnie obserwuje wyniki spółek sektora finansowego spodziewając się, że pojawia się w nich straty wynikające z inwestycji w instrumenty oparte na amerykańskich kredytach hipotecznych. Spadek kursu EUR/USD i USD/JPY sygnalizował, że wzrosła awersja do ryzyka. Spadki były jednak niewielkie i szybko zostały mocno zredukowane. Kursy walut szybko zmieniły kierunek, a to poprawiło nastroje.
Niczego nie zmieniły raporty makroekonomiczne. Okazało się, że w sierpniu w poszczególnych krajach UE i w całej strefie euro sektor usług nadal dosyć szybko się rozwijał. Co prawda indeks PMI dla całej strefy euro nieco spadł, ale nadal pozostał na wysokim poziomie. Nieznacznie pogorszyły nastroje dane o sprzedaży detalicznej – wzrosła tylko o 0,5 proc. (oczekiwano wzrostu jednoprocentowego). Jednak już przed południem nastroje na giełdach zaczęły się znowu pogarszać. Powody tego spadku były dwa. Po pierwsze Financial Times poinformował, że podczas badania ksiąg upadłego funduszu Sentinel wykryto brak 500 mln USD. To może sygnalizować, że zarządzający uciekają się już do prostego oszustwa. Po drugie Wall Street Journal ocenił, że Citigroup i inne banki mają kolejny problem. Mogą obciążyć ich dziesiątki miliardów, które zależne od nich wehikuły inwestycyjne (SIV) pożyczyła na krotki termin po to, żeby inwestować w długoterminowe, ale niepłynne produkty inwestycyjne. Transakcje SIV najczęściej nie pojawiają się w księgach tych banków. Dobiły inwestorów dane makro z USA i indeksy spadły po około dwa procent.
W USA inwestorzy mieli mnóstwo powodów do niepokoju. Już te dwa wymienione przeze mnie powody wystarczyłyby, żeby zwiększyć podaż, ale to nie było wszystko. Opublikowane w środę dane makro nie mogły pomóc obozowi byków. Raport Challengera o planowanych w sierpniu zwolnieniach nie przyniósł dobrych informacji. Ich ilość wzrosła w stosunku do lipca aż o 85 procent. Autorzy raportu twierdzą, że takie pogorszenie sytuacji wynika z zawirowań na rynku kredytów hipotecznych. Potwierdziły ten ponury obraz dane opublikowane przez ADP. Według tej instytucji w sierpniu zatrudnienia w sektorze prywatnym wzrosło jedynie o 38 tysięcy. Te dane mają całkiem sporą, dodatnią korelację z oficjalnym raportem, który zostanie opublikowany w piątek. Jeszcze gorsze były dane opublikowane przez NAR (stowarzyszenie pośredników) – indeks podpisanych umów kupna domów na rynku wtórnym spadł aż o 12,2 proc., do najniższego poziomu od ataku na WTC.
Dwie godziny przed końcem sesji opublikowana została Beżowa Księga Fed (raport o stanie gospodarki). Jej treść drastycznie odbiegała od tego, co wcześniej widzieli inwestorzy. Rezerwa Federalna stwierdzała, że wpływ kryzysu na rynku nieruchomości oraz zawirowań na rynkach finansowych na resztę gospodarki, która rozwija się w umiarkowanym tempie, jest „ograniczony”. Można powiedzieć, że nic ciekawego w tym raporcie nie było, ale gracze wywnioskowali z niego tylko tyle, że wpływu tych negatywnych czynników jeszcze nie widać, ale niedługo będą widoczne.
Takie informacje musiały osłabić dolara. Kurs EUR/USD długo nie chciał ruszyć na północ, bo spadek USD/JPY sygnalizował, że rośnie awersja do ryzyka, a to zawsze sprzyja dolarowi, ale dane z rynku nieruchomości jednak amerykańską walutę załamały. Osłabienie dolara powinno było podnieść ceny surowców, ale tylko ropa zdrożała. Złoto prawie nie zmieniło ceny, a miedź staniała. To była normalna reakcja na recesyjne dane makro. Unikanie ryzyka też surowcom musiało zaszkodzić. Indeksy giełdowe już na początku sesji spadły, a potem, przez 4,5 godziny, do publikacji Beżowej Księgi, poruszały się w trendzie bocznym. Gracze nie znaleźli szukanego w tym raporcie ratunku, więc podaż przycisnęła, ale walka była bardzo ostra. Walczyli gracze liczące na coraz bardziej prawdopodobną obniżkę stóp z tym, którzy boją się recesji. Jak zwykle prawdziwa bitwa rozegrała się w ostatniej godzinie sesji, ale nie doprowadziła do wyraźnego zwycięstwa jednej ze stron. Można spokojnie powiedzieć, że mimo spadku indeksów nie była to klęska byków. Po tak złych danych mogło być dużo gorzej.
Można powiedzieć, że dzisiaj jest dzień banków centralnych, bo zarówno ECB jak i Bank Anglii podejmą decyzje o poziomie stóp procentowych. Należy jednak oczekiwać, że będzie to wydarzenie bez wpływu na zachowanie rynków. W obu przypadkach prognozy mówią o pozostawieniu stóp bez zmian i zapewne takie właśnie będą decyzje. Być może trochę emocji wzbudzi konferencja prasowa prezesa ECB. Co prawda Jean-Claude Trichet dużo już mówił o obecnej sytuacji, ale przecież nigdy nie wiadomo, jaki zdanie gracze wyciągną z tego, co powie tym razem.
Większe prawdopodobieństwo wpływu na rynki występuje w przypadku publikacji raportów makroekonomicznych w USA. Dane o wydajności pracy i jednostkowych kosztach pracy w drugim kwartale są tylko weryfikacją już opublikowanych raportów, ale gdyby koszty pracy okazały się być zdecydowanie wyższe od prognoz to zaszkodziłoby akcjom (pomogło dolarowi). Nieznaczny wpływ i to raczej tylko na rynek walutowy będzie miała publikacja ilości noworejestrowanych w ostatnim tygodniu bezrobotnych.
Dowiemy się też jeszcze, pół godziny po rozpoczęciu sesji, jak w sierpniu rozwijał się sektor usług w USA. To ponad 80 procent gospodarki, więc publikacja indeksu instytutu ISM może mieć spory wpływ na zachowanie graczy. Prognozy mówią o niewielkim spadku indeksu i gdyby rzeczywiście tak się stało to byłby to najlepszy prezent dla obozu byków. Nieznaczny spadek zwiększałby szansę na obniżkę stóp, a jednocześnie nie zwiększałby obaw o wyniki spółek. Najgorszą kombinacją dla posiadaczy akcji byłby spadek indeksu głównego i duży wzrost subindeksu cenowego. To jednak bardzo mało prawdopodobna kombinacja. Dane o zmiana zapasów paliw będą już zupełnie nieistotnym elementem tej układanki.
