Popatrzmy na dane makro. Raport Challengera o planowanych zwolnieniach (wzrosły o około 15 procent) zwyczajowo gracze zlekceważyli. Raport ADP (o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym) był zaskakująco optymistyczny. Oczekiwano, że zatrudnienie spadło o 30 tysięcy, a tymczasem ADP poinformowała, że wzrosło o 40 tysięcy. To dobrze rokuje oficjalnemu, publikowanemu w piątek raportowi. Okazało się też, że druga partia danych również była dla byków korzystna. Weryfikacja wydajności pracy pokazała jej wzrost o 2,6 proc. (oczekiwano 2 proc.), a jednostkowe koszty pracy w pierwszym kwartale wzrosły o 2,2 proc. (oczekiwano 2,5 proc.).
Najbardziej interesujący był publikowany jako ostatni indeks instytutu ISM dla sektora usług (ponad 80 procent gospodarki USA). Co prawda indeks spadł, ale był to spadek kosmetyczny (do 51.7 pkt.). Ta część gospodarki się rozwija. Jednak poniżej 50 pkt. spadł subindeks rynku pracy, a co bardziej istotne subindeks cen wzrósł do poziomu (77 pkt.) najwyższego od września 2005 (drugi co do wielkości wynik w historii indeksu). Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że indeks Mortgage Bankers Association (ilość wniosków o kredyty hipoteczne i o refinansowanie) spadł do poziomu najniższego od 6 lat. Pojawił się też Ben Bernanke, szef Fed, ale nie powiedział nic nowego. Nie można bowiem uznać za coś nowego stwierdzenie, że bank jest poważnie zaniepokojony wzrostem oczekiwań inflacyjnych
Indeksy giełdowe od początku sesji mocno rosły, ale bardzo szybko zaczęły się osuwać. Szkodził im spadek ceny akcji spółek sektora paliowego, ale to nie wszystko. Niedźwiedzie dostały broń do ręki wtedy, kiedy Moody’s Investors Service zagroził obniżeniem ratingu dla MBIA i Ambac (ubezpieczyciele). Przeciwwagą była rosnąca cena akcji Lehman Brothers – wynik rekomendacji „kupuj” od Merrill Lynch. Jak widać nie wszystkich potencjalne starty i być może konieczność podniesienia kapitału wystraszyły.
Słaby sektor finansowy i paliwowy znowu uprzywilejował akcje z NASDAQ, więc nic dziwnego, że na 1,5 godziny przed końcem sesji, kiedy indeks S&P 500 wrócił do poziomu wtorkowego zamknięcia, NASDAQ rósł nadal o około jeden procent. Potem jednak sytuacja stale się pogarszała, co już zdecydowanie dobrze nie wyglądało. Twierdzono, że to uwagi szefa Fed o zagrożeniu inflacją tak rynek zaniepokoiły, ale to nie jest prawda, bo przecież dokładnie to samo tylko innymi słowy Ben Bernanke powiedział dzień wcześniej. Po prostu znowu tracący rynek surowcowy i finansowy nie pozwoliły na wzrost szerokiego rynku. Jeśli na chwilę te czynniki ustąpią to indeksy mocno wzrosną.
GPW rozpoczęła dzień bardzo spokojnie i rozsądnie – małym minusem. Nawet duże spadki indeksów na innych giełdach przez pewien czas nie zwiększały u nas znacząco podaży, ale w końcu musiało jednak dojść do pogłębienia spadków. Najgorzej zachowywał się sektor bankowy, co nie może dziwić skoro znowu niepokój na świecie pojawił się właśnie w tym segmencie rynku. Im bliżej było do rozpoczęcia sesji w USA tym szybciej spadały indeksy.
Wydawało się, że po publikacji pierwszych dwóch zestawów amerykańskich danych makro indeksy zaczną zawracać, ale byki były tak słabe, że praktycznie nic z tego nie wyszło, a fixing postawił kropkę nad i obniżając WIG20 o około 20 punktów. Właśnie dzięki figowi z umiarkowanego spadku zrobił się spadek dwuprocentowy. Nie winiłbym zbytnio za taki rozwój sytuacji ani tego, co działo się na innych giełdach, ani tym bardziej giełd amerykańskich. Po prostu nadal nie ma kapitału.
Wczorajsza sesja w USA z pewnością dzisiaj nie zachęci do kupna akcji, ale jak już przecież wiemy z naszą giełdą naprawdę nigdy i nic nie jest ostatnio pewnego. Teoretycznie indeksy powinny nadal spadać, ale przecież w dowolnym momencie byle mały popyt może na jedną sesję trend odwrócić. Logicznym byłoby oczekiwanie, że kierunek indeksów na wszystkich giełdach europejskich (w tym i na naszej) ustalony zostanie po konferencji szefa Fed i publikacji danych w USA.
