Rynek nie tylko wyhamował, ale wręcz obsunął się solidnie w dół. WIG zjechał o 1 proc., a WIG20 aż o 1,4 proc., ale to i tak było nie najgorsze zakończenie dnia, bo w połowie sesji indeksy traciły nawet 2,3 proc. A przy takich spadkach wiało już grozą.
Na takim przebiegu sesji zaważyły z jednej strony spadki na giełdach azjatyckich rano polskiego czasu, a z drugiej – nie najlepsze wyniki niektórych dużych spółek. Zawiodły zwłaszcza tuzy branży paliwowej. O ile słabe wyniki finansowe za pierwszy kwartał ogłoszone przez PKN Orlen można od biedy tłumaczyć stratami rafinerii w Możejkach, o tyle niewiele lepsze osiągnięcia trójmiejskiego Lotosu mogły zaskoczyć inwestorów. Słabe wyniki ogłosiło też kilka innych spółek, np. TVN. W efekcie jego kurs spadł o ponad 4 proc.
Takiej reakcji graczy można się było spodziewać. Każde dziecko na parkiecie przecież wie, że kursy większości akcji są napompowane do granic możliwości, a w ceny te wliczone są nie tylko dobre wyniki w tym kwartale, ale i kilku kolejnych. Każda spółka, która nie spełnia wyśrubowanych oczekiwań graczy musi być więc surowo karana. Póki ceny nie spadną o przynajmniej kilkanaście procent w ramach jakiejś poważniejszej korekty, inwestorzy pozostaną surowi dla firm zawodzących ich oczekiwania. Nie zawiodły ich we wtorek takie firmy, jak Agora, czy PKO BP. Efekt – wzrost kursów wbrew trendom rynkowym.
Po raz kolejny okazało się, że w niepewnych czasach gwarancją sukcesu – w tym przypadku ograniczenia strat w portfelu – jest posiadanie akcji dobrze wyselekcjonowanych giełdowych średniaków. O ile bowiem WIG20 momentami tracił nawet ponad 2 proc., o tyle indeks mWIG40 trzymał się jako-tako. A na popołudniowym zamknięciu tracił 0,6 proc., czyli połowę tego, co indeks największych spółek.
Trudno mieć wielkie nadzieje na to, że niepewność na parkiecie z dnia na dzień minie. Póki na parkiecie nie będzie widać większego popytu – także z zagranicy – WIG20 może mieć kłopoty z powrotem powyżej poziomu 3,6 tys. pkt.
